Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 września 2013

"Kroniki Ellie. Przyciągając burzę.", John Marsden





Nadal walka




Tytuł: Kroniki Ellie 3. Przyciągając burzę
Autor: John Marsden
Ilość stron: 344
Wydawnictwo: Znak Literanova


Wojna już dawno się skończyła, ale walka nadal trwa. Ellie Linton i inni mieszkańcy zajmujący tereny blisko granicy nadal nie mogą czuć się bezpiecznie. Dlatego powstało <i>Wyzwolenie</i>, czyli tajna, nielegalna organizacja która działa na rzecz ludzi takich jak Ellie.
Mimo że Ellie stara trzymać się równie daleko od problemów, jak i walki -  raczej jej się to nie udaje. W jakie kłopoty tym razem wpadła Ellie? Przekonajcie się.

Zakończenia są trudne. Wcale nie są oczekiwane, a wręcz przeciwnie - nikt ich nie chce. Ale niestety spotykamy się z nimi po każdej książce, po każdej trylogii czy serii. A ja znowu spotykam się z zakończeniem, tyle że tym razem wiedziałam że ono musi nastąpić, bo siedem części i dodatkowa trylogia to naprawdę dużo. Zawsze mam problem z takimi seriami, bo naprawdę można się do nich przywiązać. A ocena też nie zawsze jest obiektywna. No bo to w końcu dziesięć książek! :)

Mając świadomość że to już naprawdę koniec, z dramatycznym więc brakiem pośpiechu, oszczędzałam każdą kartkę, każdą stronę, każde zdanie i słowo. Ale na nic mi to było. Po chwili, gdy dotarłam do momentu w którym rozwinęła się akcja... Trzy godziny później: jak to, już koniec?
Tak to już bywa, gdy spodoba nam się jakaś historia, gdy przypadnie nam do gustu styl autora, gdy odnajdziemy w książce samego siebie.  Zastanawiałam się, co mnie tak przyciąga do całej tej serii, i chyba już wiem. To wrażenie, że to wszystko dzieje się tak na prawdę, że to co zostało opowiedziane, kiedyś faktycznie się wydarzyło. I niech sobie będzie ukochana Rowling z wyobraźnią tak wielką że wymyśliła tak magiczny świat, ale niech trwa też Marsden, którego wyobraźnia była tak mocno rozwinięta, że utworzył świat tak realny.

Głupio pisać mi kolejny raz o tym samym: o dużej ilości przemyśleń, które wcale nie są nudne. O tych wszystkich akcjach, kiedy serce tak strasznie mocno mi było, bo zastanawiałam się kto umrze tym razem, i o tych wszystkich miłych i śmiesznych momentach. Ale muszę, i będę, bo wszystkich którzy jeszcze nie przeczytali serii gorąco chcę do tego zachęcić :)
Przymierzając się do czytania zastanawiałam się czy autorowi nie skończyły się już pomysły, ale jak się okazało, nie :> Nadal było bardzo ciekawie, i przyjemnie, czyli zupełnie tak jak sobie to wyobrażałam. A zakończenie? No cóż, pozostawiło nieco pytań, chociaż nie za wiele, i to w dodatku przyjemnych. Nie było niedomówień, i innych ekstra zakończeń których autorzy nie wiadomo czemu lubią czasem użyć :)

Nie będę przedłużać: polecam, polecam, polecam! :)

10/10

czwartek, 25 lipca 2013

"Shirley", Charlotte Brontë





Ach, ci dżentelmeni! 






Tytuł: Shirley
Autor: Charlotte Brontë
Wydawnictwo: MG
Ilość stron: 640


Chyba każdy z was kojarzy siostry Brontë, lub przynajmniej jedną z nich. Charlotte Brontë, o której dziś mowa, sercami polskich czytelników zawładnęła powieścią Dziwne losy Jane Eyre, natomiast Shirley była dotąd niewydawaną w Polsce jej powieścią.

Na tle wojen napoleońskich, codziennej walki klas i płci, a także wyznań, Charlotte Brontë ukazuje nam życie kilkunastu osób, które mniej lub więcej wplatają się w życie tytułowej Shirley. Jest to między innymi Robert Moore, młody i przystojny mężczyzna, dżentelmen, a także przedsiębiorca, który - sprowadzając nowe maszyny do swej fabryki, tym samym przyczyniając się do zwolnienia wielu pracowników - naraża swe życie na niebezpieczeństwo. Aby pozbyć się swoich długów, pragnie poślubić Shirley Keeldar, dumną dziedziczkę, która niedawno przybyła do swego rodzinnego dworu. Jednocześnie, jego serce wierne jest innej damie. Sama Shirley również zakochana jest w kim innym, co komplikuje sprawy jej zamążpójścia.


Na samym już wstępie przyznam, że choć ta zdecydowanie niebanalna powieść swój tytuł zawdzięcza imieniu bohaterki, oraz że mogłoby się wydawać iż będzie to bohaterka główna, najważniejsza, to bynajmniej nie w moim przekonaniu. Otóż wyznam wam, że na pojawienie się Shirley w tej powieści czekałam tak długo, że aż zastanawiałam się: jeśli na pojawienie się głównej bohaterki tyle czekam, to jak długo będę musiała czekać na wyjaśnienie innych, pobocznych i nie tak ważnych, aczkolwiek równie ciekawych wątków? Jednak ku mojej uldze w końcu ziściło się moje 'pragnienie', i Shirley została przedstawiona czytelnikowi.

Na przeczytanie Shirley nie mogłam się zdecydować. W gimnazjum jeszcze, zaczęłam czytać Dziwne losy Jane Eyre, które tak bardzo mnie znudziły, że żałowałam iż kiedykolwiek sięgnęłam po tą powieść. Obecnie żałuję natomiast swoich głupich opinii na temat tamtej książki - po prostu nie powinno się sięgać po książki do których się nie dorosło. Ale tak oto, będąc ostatnimi czasy w bibliotece Shirley wpadła mi w ręce, i tego nie żałuję.

Oczywiście, co mam nadzieję wywnioskowaliście już wcześniej - książka wielce przypadła mi do gustu :) I to nie tylko dlatego że autorka tkliwie rozczulała się i opisywała charaktery bohaterów (ich analiza jest moim ulubionym zajęciem podczas czytania książek), ale także dlatego, iż mimo ta książka napisana została w XIX wieku, to wcale mnie nie znudziła - a to już nie lada wyczyn. Nie spotkałam się z żadnymi nudnymi opisami, a dialogi - wcale nie sporadyczne - były bardzo dynamiczne, przez co znakomicie mi się czytało.
Bohaterowie książki - a było ich wielu - byli niezwykle barwni. Począwszy od zarozumiałych wikarych, przed srogie żony zamożnych dżentelmenów, tkliwe, starsze panie uwielbiające swoich proboszczów, aż do Caroline Helstone, Roberta i Louisa Moore'ów oraz Shirley Keeldar.
Caroline Helstone to stryjenka proboszcza parafii Briarfield. Wychowana tylko przez niego i służące, pozbawiona ojcowskiej ręki i matczynych gestów, wyrosła na piękną i młodą damę, aczkolwiek skromną i ułożoną. Druga dama zaś - panna Shirley Keeldar - to kapryśna, aczkolwiek zabawna, elokwentna i wykształcona osoba, która potrafi zjednać sobie wszystkich, którzy zaskarbią sobie u niej przyjaźń. Louis Moore jest bratem Roberta, z którym rozstał się aby przyjąć posadę guwernera, aczkolwiek w książce znajdziemy jego spotkanie z rodziną - wątek niezwykle ciekawy, i rozbudowany, a w dodatku nie bez konsekwencji. Robert Moore jest największą zagadką tej książki! To typ postaci który uwielbiam! Nieco tajemniczy, skryty, i na pozór samolubny - a tak na prawdę potrzebujący przyjaciół i rodziny.
Przez całą powieść przyglądałam się jego charakterowi, i muszę powiedzieć że było czemu! :)

Całą powieść mogę ocenić tylko w jeden sposób: zachwycająca! Ogromnie zachęcam do przeczytania wszystkich którzy nie w każdej sytuacji oczekują happy endu, aczkolwiek lgną do niego,a także tych, którym bardziej się podoba jeśli bohaterowie mają trochę... pod górkę :)

10/10! 

piątek, 8 marca 2013

"Kroniki Ellie. Wojna się skończyła, walka wciąż trwa", John Marsden



Trzeba walczyć o lepsze jutro





Tytuł: Kroniki Ellie. Wojna się skończyła, walka wciąż trwa (t.1-kont. serii "Jutro")
Autor: John Marsden
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 302


Gdy kończy się wojna nie wiadomo czego można się spodziewać. Zależy to od tego, która strona wygrała - no i jeśli przeciwnik zagarnął pierwotnie nasze ziemie - na czyich się znajdujemy. Ellie i jej przyjaciele znaleźli się w dość nieprzyjemnej sytuacji. Są na swojej ziemi, ale... ale ona znajduje się na pograniczu. Co to oznacza w praktyce? Stałe zagrożenie. Bo mimo tego że wojna się skończyła, to walka wciąż trwa.


Przypomnijmy sobie co nieco o serii Jutro. Opowiada ona o grupie nastolatków, którzy wyjeżdżają na biwak, a po kilku dniach przebywania w dziczy, wychodząc w stronę cywilizacji, nie spotykają niczego, co mogło by świadczyć o tym, że wszystko jest OK. W pobliżu nie ma żywej duszy, nawet zwierzęta poumierały. Tak oto zaczęła się inwazja która trwa przez siedmioczęściową serię. Kontynuacją tej serii jest trylogia, która rozpoczyna się od pozycji którą dziś recenzuję.

Kroniki Ellie zaczynają się zaraz po tym, jak w 7 części Jutra wydarzenia się kończą. Mamy zatem Ellie po wielu okropnych przejściach, z szarganą psychiką, i ludźmi w okół którzy odchodzą i wracają, a potem znów odchodzą a człowiek naprawdę nie wie czy oni jeszcze wrócą. Wszystko i wszyscy starają się dojść do ładu z tym nowym porządkiem, który przecież nikomu nie przypadł do gustu. Jest trudno, nawet dla naszej bohaterki, która przeszła tak wiele.
Jak zwykle muszę przyznać, że John Marsden porusza te obszary mózgu, które są odpowiedzialne za postawienie się w sytuacji Ellie ( tak naprawdę nie wiem czy są takie obszary- no dobra w 99% ich nie ma, ale to właśnie się ze mną dzieje gdy czytam coś co wyszło z pod pióra tego pana). Myślę że niezwykle realistyczne przedstawienie postaci, ich uczucia, zachowania i charaktery do owego myślenia zmuszają. Ta książka jest napisana w sposób którego chyba nie da się polubić. To przemyślenia Ellie, to komentarze wobec obecnej sytuacji, to takie proste dialogi które jest jednocześnie skomplikowane. To jak wielopoziomowy budynek z windą bez przycisków - jeśli do niej wejdziesz, nigdy nie wiadomo gdzie będziesz musiał wysiąść.

W pierwszej części trylogii, Ellie stara się utrzymać gospodarstwo. Po okropnych przeżyciach jakich doświadczyła również i po wojnie stale stara się dojść do siebie. Jednakże zawsze, mimo że wspierają nas bliscy, przyjaciele i życzliwi sąsiedzi, znajdzie się również ktoś kto myśli tylko o sobie, i chce nas wpakować w bagno. Ale jak powiedział jeden z bohaterów (cytat na dole), trzeba walczyć. Walczyć, żeby wygrać, lub przegrać. Niewalczenie to tylko przegrana.

Każdy kto przeżył wojnę staje się innym człowiekiem. Jego niegdyś podświadome lęki teraz zyskują prawdziwą formę; to co kiedyś oglądał się w filmach sci-fi, teraz posiada we własnych wspomnieniach. Dlatego też nowe życie jest trudne. I właśnie tak ukazuje nam je autor - nie jako cudowne życie bo przecież przeżyliśmy, lecz jako kolejne pasmo zmagań, kolejne głazy które należy wtoczyć pod górę. I właśnie tak wygląda wątek miłosny w Kronikach Ellie. Trudno powiedzieć czy jakikolwiek występuje, bo odpowiedź znajduje się poza zasięgiem bohaterów, gdzieś wysoko. Dlatego też przed nimi długa i wyczerpująca wspinaczka. Nie oznacza to jednak, że ta kontynuacja jest pozbawiona uczuć, wręcz przeciwnie - jest nimi nafaszerowana. A jedynym sposobem na poznanie skali nasycenia, jest przeczytanie tej książki - do czego serdecznie was zachęcam. Jednakże od razu uprzedzam, że nie ma sensu po nią sięgać bez ówczesnego przeczytania serii Jutro - bo po prostu nie będziecie wiedzieli o czym jest mowa.

Podsumowując: polecam gorąco każdemu, bowiem nie jest to książka dla ściśle określonego przedziału wiekowego - moja babcia zaczytuje się w serii jak i jej kontynuacji razem ze mną! :)

"Walcz - powiedział. - Jeśli walczysz, wygrywasz albo przegrywasz. Jeśli nie walczysz, przegrywasz."
10/10

piątek, 14 grudnia 2012

"Jutro 6. Cienie", John Marsden



Zanim nadejdzie mrok




Tytuł: Jutro 6. Cienie
Autor: John Marsden
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 266


Jest ich coraz mniej. Pomyślelibyśmy - elita. I zapewne tak jest. Oni postrzegają to trochę inaczej - szczęściarze. Bo jak inaczej mogą się nazwać? Oni - to znaczy Ellie, Homer, Lee, Fi oraz Kevin. Jest ich coraz mniej. Ale znów toczą zawziętą walkę. Walkę z wrogiem, losem, niesprawiedliwościami, bólem, wspomnieniami. Ze wszystkim co chce z nimi walczyć. A tych jest coraz więcej. Po ostatnich wyczynach tej garstki ludzi naprawdę stali się poszukiwanymi numer jeden. No cóż, na wojnie wyznają zasadę - walcz, nie poddawaj się.

Jestem w zasadzie pewna, że pośród was nie znajdę osoby która nie słyszałaby o serii Jutro. I nie dlatego, że była ( i jest) dość mocno promowana, ale dlatego też, że doceniło ją wielu czytelników na całym świecie. Właściwie rzecz biorąc, nadal ją docenia. Otóż niedawno w Polsce ukazała się siódma - a zarazem ostatnia część - dzięki czemu o serii znów można było usłyszeć. Ja tymczasem prezentuję recenzję przedostatniej, szóstej części, lecz spodziewajcie się niedługo również części siódmej. Ale do rzeczy.

Nie chciałabym wam za dużo zdradzać, ale wcale nie muszę, Wystarczy że wyobrazicie sobie, iż jest wojna. Trwa już od jakiegoś czasu, i szczerze mówiąc wszyscy mają jej dość. Są przerażeni, wycieńczeni, głodni. A raczej byli. Aktualnie wróg po stłumieniu powstań i tego typu spraw, zajął się zasiedlaniem australijskich terenów swoimi rodakami. Ale niektórzy nadal walczą. Na przykład garstka młodzieży, która przez te kilka miesięcy stała się dorosła. Musieli dorosnąć, więc to dorośli. Musieli zabić, więc zabili. Musieli się chronić, więc się ochronili.
Nie wyobrażam sobie, aby teraz wybuchła wojna. Nie wyobrażam sobie, jak poradziliby sobie Ci wszyscy młodzi ludzie. Dlatego też podziwiam, szczerze podziwiam to, jak zachowują się postacie. Gdyby nie to, jak zostali wychowani - np. na farmie - nigdy by sobie nie poradzili w życiu podczas wojny. Bo niektórzy z nich mieszkali w mieście - i właśnie ci, niby skąd mieliby wiedzieć w jaki sposób wypatroszyć upolowane jagnię? Zapewne nigdy by go w ogóle nie upolowali. I właśnie o to chodzi w tej książce. O skłonienie do myślenia.
Nie umiem nie myśleć podczas jej czytania o tym jak byłoby to w naszym przypadku. Po prostu nie umiem.
Dlatego też wszystkim, bardzo, bardzo gorąco polecam tę powieść. Bo skłania do myślenia. Bo jest refleksyjna. Bo wnosi coś do naszego życia.

W dodatku Marsden rozbudził we mnie miłość do Australii. Tak, wiem że Australia w książkach to nie Australia na żywo, ale na prawdę polubiłam jego opisy. Bo oprócz świetnie zbudowanych dialogów, wielu napotkanych zwrotów akcji i zaskakujących wydarzeń, autor - w imieniu Ellie zresztą - opisuje wszystko tak, że aż chce się czytać. I chwała mu za to.

Czy polecam tę książkę? Jak najbardziej. Oczywiście proponuję zacząć od pierwszej części, od którejś kolejnej nie ma to sensu. Nadaje się dla wszystkich, bez wyjątku. Ostatnio w serii zaczytuje się moja babcia - więc to powinno być najlepszym przykładem.

10/10

piątek, 19 października 2012

"Astrocalendarium 2013", Krystyna Konaszewska-Rymarkiewicz




Dowiedz się, co Cię czeka!




Tytuł: Astrocalendarium 2013
Autor: Krystyna Konaszewska-Rymarkiewicz
Wydawnictwo: STUDIO ASTROPSYCHOLOGII
Ilość stron: 304


Zastanawialiście się czasem, jaki będzie następny dzień? Czy przytrafi wam się coś ekscytującego, zabawnego, czy strasznego, lub wręcz przeciwnie - będziecie usypiać z nudów? Czy dochodziliście do wniosku, że niestety nie na wszystko macie wpływ? A może czuliście, że coś wami kieruje? I wreszcie: nie chcielibyście wiedzieć, co czeka was jutro? Teraz to możliwe! Chcecie się przekonać jak? Uwaga, tadam, tadam... Przed wami, Astrocalendarium 2013!


Ale zacznijmy od najważniejszego: czymże Astocalendarium jest?
Wyjaśnię swoimi słowami: istną przepowiednią. Lub inaczej - zbiorem wiedzy i informacji na temat poszczególnych dni w roku 2013; wkładem pracy p. Konaszewskiej-Rymarkiewicz; naszym osobistym przewodnikiem. Astrocalendarium jest niesamowicie przydatną rzeczą, dzięki której możemy sterować naszym życiem, unikać kłopotów gdy te są nam przewidziane, rozwiązywać napięte sytuacje zawczasu.

Fachowo natomiast, mogę wam udzielić informacji, jakoby Astrocalendarium było przewodnikiem astologicznym, który analizuje układy planet, Słońca i Księżyca. Dzięki niemu łatwiej jest nam się dostosować do oddziaływania ciał niebieskich.

Zapewne też, chcielibyście wiedzieć, jak Astrocalendarium wygląda "od kuchni". Otóż:

  • Wprowadzenie: zapoznanie użytkownika z symbolami jakimi autorka operuje w kalendarzu, omówienie różnych aspektów, całego roku 2013, wykresy
  • Omówienie prognoz dla osób z poszczególnych znaków
  • Kalendarz z omówionymi astrowpływami
Moim zdaniem, już sam schemat przedstawia się bardzo obiecująco. Dlatego właśnie zapragnęłam go mieć.
Ale oprócz tego, niesie bardzo ciekawą wiedzę. Uważam że z chęcią posłuchacie prognoz, na przykład na dzień... 26 lipca:
"Słabe tranzyty sugerują, że lepiej byłoby wstrzymać się od nieprzemyślanych poczynań. Możliwa fałszywa ocena faktów. Starajmy się mitygować nastroje oraz powściągać stymulowane dzisiejszą nadpobudliwością działania."

I jak, podoba się? Mi bardzo! Na zachętę dodam, że obok opisu każdego dnia, znajdziecie inne podstawowe informacje. Dodatkowo jest miejsce na notatki czy przemyślenia, więc z powodzeniem można nim zastąpić zwykły kalendarz. W związku z tym, wydaje się jeszcze praktyczniejszy niż na początku :)
Chciałabym więc wszystkim wam ogromnie go polecić, naprawdę super sprawa. I to nie tylko tym zainteresowanych tą tematyką. To świetny przewodnik dla każdego :) 

10/10

Za możliwość kontrolowania swoich nastrojów, dziękuję serdecznie wydawnictwu STUDIO ASTROPSYCHOLOGII!


piątek, 10 sierpnia 2012

"Niemiecki nie gryzie", wyd. Edgard





Weź niemiecki w swoje ręce







Tytuł: Niemiecki nie gryzie
Wydawnictwo: Edgard
Ilość stron: 160




Do serii języków Nie gryzących, czyli np. niemiecki nie gryzie, hiszpański nie gryzie, itp., zdecydowanie nie byłam przekonana. A potem tak jakoś się złożyło, że dostałam ją do recenzji, i co? Zdecydowanie żałuję swojego poprzedniego nastawienia. Czemu? Przekonajcie się!

Na samym początku mamy wprowadzenie. Nieco o książce, o tym jak z niej korzystać, i tak dalej. Dalej - bardzo ważny jak dla mnie rozdział - Wymowa. Możemy zarówno posłuchać wymowy, jak i sami wypowiadać spółgłoski i samogłoski. Istnieje tu bardzo ważny podział, na m.in.:wymowa samogłosek, samogłosek z przegłosem, dwugłosek, wyjątków... Dzięki nim, zdecydowanie poprawiłam swoją wymowę, i wreszcie zrozumiałam, ' czemu tak, a nie inaczej'. Dalsze działy są tematyczne. I tak na przykład zaczynamy na Pierwszych kontaktach, przebywamy na przykład przez Pracę i Podróże aż do Zdrowia. Uważam że to bardzo logiczny podział, ponieważ w ten sposób możemy usystematyzować swoją wiedzę.

Co ciekawe i dobre dla naszej nauki, nie dostajemy tylko porcji suchych informacji. Wręcz przeciwnie. Najpierw zapoznajemy się ze słownictwem, tym gdzie go stosujemy, itd. Możemy też wysłuchać nagrań i poćwiczyć wymowę powtarzając za lektorem, lub po prostu wsłuchując się w np. dialog. Dalej znajdują się ćwiczenia, sprawdzające to, czy faktycznie coś zostało nam w głowie, oraz pomagające w zapamiętaniu informacji.Ważnym jest, że ćwiczenia te, nie kładą nacisku tylko na jedną metodę, ale są różnorodne, dzięki czemu samouk wcale się nie nudzi.
Na końcu każdego działu natomiast, znajdziemy mini słowniczek, w którym znajdują się słówka i zwroty jakie spotkaliśmy podczas omawiania danego działu - a nie pojawiły się w ćwiczeniach. Również dzięki nim można się sprawdzić.

Dobre dla nas jest również to, że nie ma tu samego słownictwa, ale też gramatyka. Nie jest natomiast tego za  wiele - odpowiednia porcja informacji dla tych początkujących, jak i trochę w tym już siedzących.

Przyznaję więc, że mi, Niemiecki nie gryzie bardzo się podobał. Nie miałam jeszcze styczności z wieloma samouczkami, więc nie mam do czego porównywać, niemniej jednak - ten jest godny uwagi. Jak najbardziej, polecam wszystkim!
10/10

Za możliwość szlifowania swoich umiejętności językowych, serdecznie dziękuję wydawnictwu Edgard!